O autorze
Jestem dziennikarzem - obserwuję, analizuję, piszę. Zaczynałam od „siedzenia” w Sejmie i rozmów z politykami, potem trafiłam do prasy biznesowej i tak zostało (w 2006 r. w ogólnopolskim konkursie o nagrodę Polskiej Izby Ubezpieczeń dla środowiska dziennikarskiego zwyciężyłam w kategorii Debiut Roku). Przez ostatnie 8 lat byłam redaktorem naczelnym publikacji adresowanych do inwestorów wydawanych przez Wydawnictwo Wiedza i Praktyka.
Obecnie jestem wydawcą książek z zakresu finansów, ekonomii, zarządzania i marketingu w Wydawnictwie Naukowym PWN.
Wiem, że pieniądze w życiu nie są najważniejsze, ale wiem też, że codziennie są potrzebne by kupić gazetę i bilet, by napić się kawy, by zapłacić za przedszkole i dać dziecku na kredki. Dlatego warto wiedzieć, co robić by je mieć i czego nie robić by ich nie tracić. Nie jestem doradcą finansowym, więc nikogo do niczego nie namawiam. Wręcz przeciwnie, często ostrzegam, bo szczególnie w świecie finansów jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Piszę jednak nie tylko o pieniądzach, czasem piszę wiersze… ale to już zupełnie inny temat. Temat na inny blog.

Wcierają w obrazy kurz z odkurzacza i sprzedają je za duże pieniądze

Aby zacząć inwestować w sztukę, nie trzeba być na liście 100 najbogatszych Polaków. Na aukcję dzieł sztuki można wybrać się mając w kieszeni 200 zł. Za taką kwotę można kupić fotografię, rysunek, srebrną solniczkę... Możliwości jest wiele. Ale ryzyko też jest.

Inwestowanie w sztukę kojarzy się z kupowaniem drogich obrazów olejnych. Tymczasem inwestorzy i kolekcjonerzy coraz bardziej doceniają walory prac na papierze, jak grafiki lub rysunki. Kupić można je już za kilkaset złotych, a pod względem artystycznym nie są mniej wartościowe od obrazów i mają ogromny potencjał do tego, by ich ceny rosły. Nie trzeba więc mieć milionów, by zostać właścicielem rysunków Malczewskiego czy Matejki.



Fakt, że prace najbardziej znanych i najdoskonalszych artystów nie zawsze kosztują miliony nie oznacza jednak, że należy korzystać z każdej okazji. Wręcz przeciwnie. Na rynku sztuki na okazje trzeba bardzo uważać, szczególnie w Internecie. Na przykład kilka lat temu na aukcji internetowej w licytacji „Malczewskiego” udział wzięło aż kilkanaście osób. Walka była na tyle zacięta, że w końcu falsyfikat został sprzedany za 80 tys. zł.

Na targach staroci też nie brakuje uroczych panów, którzy pięknie opowiadają o sztuce. Zachęcają do zakupu „dzieł” Juliana Fałata, Leona Wyczółkowskiego, Kossaków, Witkacego. Pomysłowość fałszerzy nie zna granic.

Jak opowiedziała mi Monika Bryl, ekspert rynku sztuki, aby obrazy wyglądały prawdziwie malują je na starym płótnie, podrabiają sygnatury malarzy (ale nie zawsze wiedzą, że niektórzy artyści, tak jak np. Józef Chełmoński nie podpisywali swoich prac), a najczęściej wcierają w nie po prostu kurz z odkurzacza.

Fałszerze zarabiają jednak nie tylko na obrazach. Podrabiają też rzemiosło. W przypadku sreber wycinają ze zniszczonych oryginalnych przedmiotów znaki, a potem wlutowują je w nowe przedmioty. I tym sposobem wystawiają na sprzedaż "oryginał".

Gdzie zatem kupować? W galeriach i w domach aukcyjnych. W takich miejscach, wbrew pozorom, można kupić prawdziwe dzieła sztuki w naprawdę dobrych cenach. Na przykład przyjęta jest powszechna zasada, że na aukcjach młodej sztuki licytacje prac twórców najmłodszego pokolenia zaczynają się od 500 zł. Poza tym często przedmioty, które nie zostały sprzedane na aukcji oferowane są później w galerii domu aukcyjnego. Jest to okazja do negocjacji ceny.

Oczywiście inwestując w sztukę trzeba mieć na uwadze, że to inwestycja długoterminowa, na zysk trzeba poczekać kilka, a czasem i kilkanaście lat. Ale dla osób, które chcą oszczędzać na przyszłość dziecka lub na swoją emeryturę, jest to (w czasach kryzysów na rynkach finansowych) lepsza propozycja od wielu funduszy emerytalnych i polis posagowych.
Trwa ładowanie komentarzy...