Przed świętami dzwonią nie tylko dzwoneczki, czyli dlaczego nie odbieram telefonów z banków

Prawie każdego dnia dzwoni do mnie „miły głos”. Namawia, kusi, zachęca… Nie mam problemów z asertywnością więc za każdym razem mówię: nie. Poza tym mam świadomość, że gdybym uległa, to za kilka miesięcy „miły głos” mógłby zmienić się w „niemiły głos”.

Zawsze byłam negatywnie nastawiona do kart kredytowych. Uważałam, że są pułapką. Kiedy nie miałam gotówki wolałam po prostu kredyt – wiedziałam ile i na ile pożyczam, oraz ile będę musiała co miesiąc oddawać. Z przekonaniem, że karta kredytowa nie jest mi do szczęścia potrzebna żyłam sobie do dnia, kiedy okazało się, że jednak jest mi potrzebna. Może nie do szczęścia, ale do tego by przed wylotem dokupić dodatkowy bagaż. Zapłacić mogłam wyłącznie kartą kredytową. Żaden przelew nie wchodził w grę. Dlatego dziś kartę kredytową już mam.



Szczęśliwsza dzięki niej nie jestem, ale przyznaję, czasem z niej korzystam. Zdania na temat tego cudownego plastiku jednak nie zmieniłam. Karta jest co prawda nawet na korzystnych warunkach, a ja wszystko w terminie, grzecznie (przynajmniej na razie) spłacam. Bank jednak nasyła na mnie „miły głos”, który robi wszystko bym… zadłużenia nie spłacała.

W mediach trwa kampania społeczna "Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz" przestrzegająca przed braniem pożyczek w parabankach. By uchronić ludzi przed wpadaniem w pętlę zadłużenia taka akcja jest bardzo potrzeba. Ale chyba przydałaby się jeszcze dodatkowa akcja szkoląca nas z asertywności wobec bankowych pokus.

No bo jeśli tuż przed świętami, kiedy kasa – wiadomo – każdemu potrzebna, prawie każdego dnia dzwonią do mnie jakieś banki i kuszą mnie ofertami „bez prowizji”, „zero procent” itp., to jak tu nie ulec?

Jeśli „miły głos” przekonuje mnie bym nie spłacała zadłużenia na karcie kredytowej, tylko zapłaciła minimalną kwotę, to jak tu nie ulec?

Jeśli „miły głos” proponuje, że na moje konto przeleje pieniądze (cały dostępny limit na karcie kredytowej), bym mogła swobodnie nimi dysponować, to jak tu nie ulec?

Jeśli „miły głos” zachęca mnie, bym dodatkowo wzięła kilka tysięcy pożyczki, to jak tu nie ulec?

Na razie nie uległam. Wyciszyłam dzwonek w telefonie, a jak słyszę wibracje – nie odbieram. Udaję, że pieniądze nie są mi potrzebne. Udaję, że mnie nie ma. Teraz mam do tego prawo. Gorzej potem, gdyby zadzwonił „niemiły głos” z działu windykacji – udawać już bym nie mogła.
Trwa ładowanie komentarzy...