Rezerwacje dla wybranych, czyli naciąganie naiwnych ludzi w oczekiwaniu na kanonizację papieża

Zostałam wyróżniona. Trafiła do mnie bardzo elegancka oferta z informacją, że mam pierwszeństwo rezerwacji: „W oczekiwaniu na kanonizację Papieża Polaka, Skarbnica Narodowa ma zaszczyt zaprezentować pamiątkową kolekcję „Jan Paweł II - Powołany do świętości” uszlachetnioną najczystszym, 24-karatowym złotem. Powstała ona przy współpracy z byłym Kanclerzem Kurii Metropolitalnej Warszawskiej. Najwyższa jakość mennicza. Promocyjna cena”. Wow! Można nawet dostać indywidualnie numerowane Świadectwo Własności kolekcji. Co to za świadectwo? Nie mam pojęcia, ale brzmi poważnie, cokolwiek by to nie było. I o to chodzi, by wmówić nam, że to świetna (święta?) inwestycja. Bajer działa, niestety. Ludzie kupują tego typu błyskotki chrześniakom, wnukom lub po prostu sobie i wierzą, że kiedyś na tym zarobią.

Przy okazji szczególnych wydarzeń, na rynku zawsze pojawiają się medale, nazywane szumnie monetami. Wydawane są one przez komercyjne firmy o nazwach przypominających instytucje państwowe. Powszechną praktyką jest wykorzystywanie słów: „mennica”, „skarbiec” czy „narodowy/a”.

W tym zakresie szczególnie płodne są firmy: Skarbiec Mennicy Polskiej oraz Skarbnica Narodowa, które ze względu na swoją celowo wybraną nazwę, zyskują w oczach początkujących, zwłaszcza starszych kolekcjonerów i inwestorów. Firmy te kuszą niskimi nakładami przeznaczonymi tylko dla ograniczonej liczby chętnych, a także wspaniałymi okazjami inwestycyjnymi, które takimi w rzeczywistości nie są. Jedynym i wyłącznym emitentem prawdziwych monet jest bowiem Narodowy Bank Polski – wyjaśnia Tomasz Witkiewicz, ekspert rynku numizmatycznego.

Numizmaty wydawane przez komercyjne firmy zazwyczaj bazują na prawdziwych monetach, które odniosły sukces i cieszą się zainteresowaniem. Przy okazji szczególnych wydarzeń tworzone są też nowe emisje. Dlatego też teraz, by wykorzystać nośny temat jakim jest kanonizacja Jana Pawła II, zaczynają pojawiać się „ekskluzywne, limitowane, unikalne, uszlachetnione, upamiętniające” medale przeznaczone dla „wyróżnionych” osób. Nie mają one jednak żadnej wartości.

W monety, owszem, warto inwestować i można na tym zarabiać. Dotyczy to jednak tylko i wyłącznie monet wydawanych przez NBP. W celach kolekcjonersko-inwestycyjnych można kupować zarówno złote, jak i srebrne monety.

Spektakularnym przykładem może być tu złota moneta „XIII konkurs pianistyczny im. Fryderyka Chopina” wydana w 1995 r. W dniu emisji kosztowała 780 zł, a później przez pewien czas warta była nawet 40 tys. zł (dziś kosztuje ok. 25 tys. zł).

Jak mówi Tomasz Witkiewicz, wśród monet srebrnych też było wiele perełek, m.in. słynny Bursztynowy Szlak, który podrożał z 57 zł do 900 zł obecnie (w 2008 roku cena dochodziła do nawet 3000 zł). Szalone wzrosty cen zanotowały też monety ze zwierzętami, czyli 20-złotowy Jeż, który w dniu emisji kosztował 37 zł, a dzisiaj trudno go nabyć poniżej 700 zł oraz Jelonek Rogacz, którego NBP sprzedawał po 45 zł, a teraz trzeba zapłacić za niego 800 zł. Rewelacyjną inwestycją był też Sokół Wędrowny, o ile udało się go kupić w cenie bankowej za 91 zł to jeszcze tego samego dnia można ją było sprzedać za ok. 250 zł.

Nawet jednak w przypadku prawdziwych monet nie każda nadaje się na inwestycję. Ogromne znaczenie ma nakład. Warto też zdawać sobie sprawę z tego, że nie zawsze starsza moneta jest bardziej wartościowa. Poza tym kupując na rynku wtórnym, trzeba pamiętać, że musi być ona w stanie menniczym, nie powinna mieć rys, ubytków ani śladów czyszczenia. Krótko mówiąc najlepiej, aby był to egzemplarz zamknięty w hermetycznym opakowaniu, którego nikt nigdy wcześniej nie dotykał.

Monety i medale bite przez komercyjne firmy z tymi wszystkim swoimi „gwarancjami jakości”, „certyfikatami autentyczności” i „indywidualnie numerowanymi świadectwami własności kolekcji” nie mają żadnej wartości.
Trwa ładowanie komentarzy...